<title_newspaper=Sztandar Modych> 
<title_article=A ja wam mwi, e on bdzie jednym z najlepszych...> 
<author_1=Danuta cibor-Rylska>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1954">
<month="6">
<date=1954-06-14>
<period=d>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Od kilku tygodni Jzef Mitulski razem z Kazimierzem Kucht jedzili na jezioro Dziadkowskie cina trzcin. Robili to z wielkim zapaem, wyjedali raniuteko, a przyjedali w zupenej ju ciemnoci. I tylko jako, nieproporcjonalnie do tego zapau, mao przybywao w magazynie trzciny. Nikomu jednak nie przyszo do gowy sprawdzi, jak si to dzieje. A szkoda! Bo zdziwiby si niemao ten, kto by pojecha za Jzkiem i Kazimierzem, widzc jak wz zamiast jecha prosto w stron Dziadkowa wykrca, skaczc po wyboistej drodze, w kierunku widniejcej na horyzoncie ciemnej smugi lasu.
Jzek, chopak zaradny i sprytny, od dawna wywcha wietny interes: w pobliskim nadlenictwie pacono 12,50 z za kilogram zielonych szyszek. Zarobek by dobry i nieciki. Obaj z Kazimierzem ju z gry planowali, co sobie za niego kupi. Jako nie zdali sobie dostatecznie sprawy z tego, e zbieraj przecie szyszki w godzinach pracy, za ktr paci im spdzielnia, e jad po nie spdzielczym wozem i koniem. Niby czuli, e co jest nie w porzdku, bo przecie nikomu o tym nie rozpowiadali, a zebrane szyszki zsypywali po kryjomu do izby Kazimierza, ale atwy zarobek zbyt nci, by z niego zrezygnowa. A caa sprawa wydaa si nagle i niespodziewanie, ot  przez zwyk babsk ciekawo.
Przysza kiedy Banaszka do Kuchciny poyczy troch cukru. W szparze niedomknitych drzwi do pokoju co uderzao w oczy wie mod zielonoci. W nosie krci miy, znany zapach. Nie wytrzymaa Banaszka i otworzywszy szerzej drzwi wsadzia gow do pokoju:
 No, co tak dugo? W kasie ogniotrwaej masz ten cukier, czy...  tu zaniemwia dostrzegszy przeraenie i popoch na twarzy Kuchciny. 
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
